(The) Beściak i jego akcja

0
599
źródło: http://www.besttrip.pl/

Adrian od zawsze lubił sport. Miał 8 lat, gdy zaczął uprawiać karate. Półka na medale, puchary i wyróżnienia szybko się zapełniała. W wieku 10 lat został wicemistrzem Europy. W ciągu kolejnych sześciu lat zdobył mistrzostwo Polski, Europy i świata. Tę serię zwycięstw zakończył wypadek na motorowerze. Uraz rdzenia kręgowego, liczne złamania i pęknięta podstawa czaszki nie zmieniły Adriana, który nadal kocha sport i spełnia się pomagając innym. Znalazł sposób, by połączyć te dwie pasje i we wrześniu odbył niezwykłą, 500-kilometrową podróż na wózku inwalidzkim. Ośmiodniowa wyprawa miała na celu zebranie funduszy dla 6-letniego Krystiana, który urodził się z przepukliną oponowo-rdzeniową, wodogłowiem, stopami szpotawymi, niedokrwistością i wymaga kosztownej rehabilitacji. Adrian opowiedział nam o szczegółach swojej wyprawy, która zaczęła się w Rzeszowie, a skończyła w Warszawie.

Jak pan poznał Krystiana?

Współprowadziłem zajęcia regionalne dla dzieci niepełnosprawnych FAR. Tam poznałem Krystiana i historię jego choroby. Ujął mnie tym, że jest takim pozytywnie nakręconym chłopakiem, pomimo tylu dolegliwości. Postawiłem, że zorganizuję swoją akcję właśnie dla niego.

No właśnie, skąd pomysł na taką akcję charytatywną połączoną z wyczynem sportowym?

Właściwie pomysł powstał spontanicznie. Po prostu przyszedł mi do głowy i postanowiłem go zrealizować. Uwielbiam sport i uwielbiam pomagać innym. Chciałem połączyć te dwie rzeczy. To był sposób, żeby sprawdzić samego siebie na poziomie ekstremalnym. Chciałem przejechać 500 km wózkiem inwalidzkim, a jednocześnie zebrać pieniądze na rehabilitację Krystiana.

W akcję zaangażowała się Julia Torla, Miss Polski na wózkach. Jak udało się panu przekonać innych do swojego pomysłu?

Właściwie zorganizowałem tę akcję sam przy pomocy kilku osób. Powoli zdobywałem wiedzę, co i jak muszę zrobić, jakie pozwolenia zdobyć. Natomiast z Julią znamy się od dawna. Wtedy jeszcze nie była Miss Polski. Gdy uległa wypadkowi, byłem jej kontaktem ze strony fundacji.

źródło: http://www.besttrip.pl/
źródło: http://www.besttrip.pl/

Przez pewien czas trenował pan kolarstwo ręczne. Handbike wydaje się być lepiej dostosowany do tego typu przedsięwzięć. Dlaczego wybrał pan wózek?

Miało być ekstremalnie, więc rowerem ręcznym było by za prosto (śmiech). Chciałem sprostać wyzwaniu i to się udało.

Wyzwaniem był już pierwszy dzień wyprawy. Zaczęło się od ulewnego deszczu.

Tak. Nie dość, że deszcz, to już pierwszego dnia musiałem zmienić wózek, który miał awarię. Deszcz towarzyszył mi praktycznie do Krakowa. Przez pierwsze trzy dni przemoczyłem wszystkie ciuchy. Krótkie przerwy robiłem tylko w czasie wyjątkowo intensywnych opadów. Nie mogłem sobie pozwolić na więcej, bo przecież musiałem wyrobić się w założonym czasie. Dłuższe postoje nie wchodziły w grę.

Myślał pan wtedy, „w co ja się wpakowałem” i „na co mi to było”?

Na szczęście nie. Zastanawiałem się tylko, czemu wymyśliłem, że przejadę akurat tyle kilometrów. No i jak się potem okazało wybrałem sobie najgorszy tydzień września. Przed wyprawą była piękna, słoneczna pogoda, gdy jechałem padało, a zaraz po zakończeniu projektu wróciła sprzyjająca aura. Właściwie zrealizowałem swój cel w 95% tak, jak sobie założyłem. Szczerze mówiąc nie pomyślałem o sprawdzeniu długoterminowej prognozy pogody, ale poza tym wszystko wyszło tak, jak chciałem.

Który z odcinków trasy okazał się najtrudniejszy?

Kryzys przyszedł szóstego dnia, na odcinku Kielce-Radom. Było tam kilka stromych podjazdów i przyznaję, że trochę mnie wykończyły. Chwilami było ciężko. Na szczęście trasa stała się w końcu bardziej płaska i zrobiło się przyjemniej.

Trasę z Rzeszowa do Warszawy pokonał pan drogami publicznymi. Jak kierowcy reagowali na widok wózka na drodze?

Z tym było różnie. Zazwyczaj kierowcy reagowali sympatią. Machali, przyglądali się, co robię. Niestety byli też kierowcy, którym się to raczej nie podobało. Niecierpliwili się, wyprzedzali na trzeciego. Niewiele też brakowało, żebyśmy z ekipą techniczną znaleźli się w rowie. Samochód nas nie widział i chyba nawet uszkodził koło na wysepce. Widzieliśmy później, że musiał je zmienić.

Dojechał pan zgodnie z planem do Warszawy. Od strony wyzwania sportowego, wyprawa zakończyła się sukcesem, a czy został zrealizowany cel charytatywny?

Tak, akcja zakończyła się sukcesem. Niestety nie wiem jeszcze, jaka kwota znajduje się na subkoncie Krystiana, ale już podczas imprezy na starcie zebraliśmy ok. 3000zł. To przerosło moje oczekiwania, bo ta impreza trwała zaledwie 1,5h. Myślałem, że może uda się zebrać 900zł, na więcej nie liczyłem. To było coś niesamowitego.

Czy będzie pan realizował projekt w kolejnych latach?

Tak, już się powoli rysuje plan na 2015 r. Jeszcze nie zdradzę szczegółów. Powiem tylko, że trasa będzie dłuższa i cała akcja również potrwa dłużej. Trwają jeszcze rozmowy ze sponsorem. Myślę, że w styczniu na profilu https://www.facebook.com/BestTripPL podam więcej informacji i przedstawię osobę, dla której pojadę w kolejną trasę.

Dziękujemy za rozmowę

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here